Na ten wypad wybrałam się wyjątkowo późno, bo dopiero po ósmej wieczorem. Poprzedniego dnia wyszłam na Horna, o czym opowiadam tutaj i tutaj. Zbliżając się wtedy do szczytu, zwróciłam uwagę na kanion schodzący ku polu Berserkjahraun. Gdy patrzyłam w jego zarzuconą skałami gardziel, czułam magnetyczny niepokój i ciekawość. Dlatego już następnego dnia podjechałam na punkt widokowy po północnej stronie góry, skąd mogłam przejść przez pole B. w stronę intrygującego wąwozu.
Początkowo teren usiany był ścieżkami prowadzącymi w różnych kierunkach, między innymi do niewielkiego wodospadu i nad jezioro Selvallavatn. Po raz pierwszy mogłam obejrzeć pole B. z innej perspektywy, z poziomu zero. To, co z góry wyglądało jak bury liszaj, okazało się skalnym dywanem grubym na kilka-kilkanaście metrów. Szczególnie było to widać tam, gdzie czoło lawy stykało się z wodą.
Maszerowałam bez ociągania, czując, że tego dnia zasób energii mam wyjątkowo ograniczony. Drażniły mnie chmary meszek, a nogi ważyły więcej niż zwykle.
Horn patrzył na mnie.
Jedyne co spowalniało me kroki, to mistrzowskie gobeliny utkane z mchu. Dorzuciłam je do pękającej w szwach kolekcji.
Do zbioru owieczkowego też coś wpadło.
Dotarcie do ujścia kanionu zajęło mi około półtorej godziny. Na tym etapie trzymałam się jeszcze wersji, że zdążę przejść jego dnem aż pod szczyt.
Opuściłam lekko pofalowaną równinę i przekroczyłam uroczą, porośniętą trawą mikrodolinkę, wyżłobioną przez mały strumień. Robiąc zdjęcia niczego niezwykłego nie zauważyłam.
Idąc wzdłuż potoku spływającego spod szczytu przekroczyłam coś, co wyglądało jak skalna brama. Obok nurtu biegła wąska ścieżka. Uznałam, że - jak to często tutaj bywa - wydeptały ją owce. Wiedziałam jednak, że zaglądają tu również nieliczni, dwunożni wędrowcy - głównie Islandczycy.
Wkroczyłam do kanionu, który tak mnie zafascynował dzień wcześniej.
Niemal natychmiast poczułam odpływ energii. Przytłaczające, kamienne bryły przypomniały mi obejrzany dekady temu film - Piknik pod wiszącą skałą. Skojarzenie wynikało nie tyle z podobieństwa obu scenografii, co z atmosfery, którą można było kroić nożem. Jakby otulił mnie niewidzialny woal nasączony trucizną. Powietrze nabrało gęstości i mimo łagodnego podejścia szłam z coraz większym wysiłkiem. Zaczęłam się też bardzo bać i tego rodzaju lęku doświadczyłam po raz pierwszy, odkąd wędruję samotnie.
Doznałam wręcz lekkiej paranoi - wydawało mi się, że jestem obserwowana. Udawałam, że wszystko jest w porządku, robiąc zdjęcia i wyśmiewając rojenia. Kto mógłby mnie tu obserwować? Owce? Elfy? Trolle? Zwykłe duchy - wyskoczyła nieproszona myśl. Pfff, jasne. A może coś ulatnia się spod ziemi, stąd osłabienie i paranoja? Mało prawdopodobne, to obszar nieaktywny.
Niewiele pamiętam prócz pragnienia w ustach, napierających zewsząd skał i drażniącego szumu potoku, który mógł przecież zagłuszyć czyjeś kroki.
Wkrótce dalsza wędrówka stała się niemożliwa. Usiadłam na chwilę nawet nie wyjmując termosu; pragnęłam jak najszybciej uciec z tego okropnego miejsca. Po krótkim odpoczynku ruszyłam w dół. Po zdjęciach wiem, że w wąwozie spędziłam tylko dwadzieścia minut - mam wrażenie, że byłam tam o wiele, wiele dłużej.
Co dziwne, zbliżając się do skalnej bramy szybko odzyskałam animusz i zaczęłam wątpić we wszystko, czego doświadczyłam ledwie parę minut wcześniej. Mimo to kanion opuszczałam z prawdziwą ulgą. Zeszłam do maleńkiej dolinki ze strumykiem, która wcześniej zwróciła moją uwagę. Miała w sobie niezwykły, elficki urok, szczególnie w złotym świetle słońca, które niespiesznie szykowało się do krótkiego snu.
Odpoczęłam i nareszcie napiłam się herbaty. Miałam też niecny zamiar pójścia na stronę, lecz natychmiast pomyślałam, że ktoś mógłby mnie zobaczyć z krawędzi. Świadoma absurdu tej obawy i tak jej uległam.
Szukając dogodnego wyjścia z dolinki natknęłam się na skałę z wyrytym w niej, lekko zatartym napisem. Zarejestrowałam jako ciekawostkę, bez dalszych refleksji.
Potem wdrapałam się po trawiastym zboczu wychodząc wprost na niewielkie, kamienne ruiny.
Wtedy przestałam tylko patrzeć i zaczęłam widzieć. Spędziłam kilka chwil obserwując teren, który mijałam ledwie pół godziny wcześniej, wyłapując nowe, tak oczywiste teraz detale. Wbiegłam na najbliższe zbocze, by mieć lepszy ogląd.
Znacie to uczucie, gdy na głębszym poziomie wszystko staje się jasne, ale rozum nie nadąża?
Cała okolica usiana była śladami po rozległej farmie, pilnującej niegdyś wejścia do wąwozu prowadzącego na Horna. Naliczyłam kilkanaście konturów o różnych rozmiarach. Największe z nich usadowione były dokładnie w miejscu, w którym wyszłam z dolinki.
Na swój sposób poskładałam to w głowie, ukłoniłam się i poszłam w stronę parkingu. Jedno jest pewne, gdybym nie zawróciła na trasie tak szybko, to pod szczytem zastałaby mnie noc. Letnia wprawdzie, ale nie aż tak jasna, by komfortowo chodzić po górach.
Światło się zmieniło, po drodze na nowo cieszyłam się widokiem roślinnego drobiazgu, kraterów, pola B i jeziora Selvallavatn. Do samochodu dotarłam o zachodzie słońca - znowu na czas.
Pytałam o ruiny i napis wyryty w skale znajomej, której mąż doskonale zna lokalną historię. Napis rozszyfrował jako kkonrad, prawdopodobnie imię i może pierwsza litera nazwiska. Natomiast o farmie nie wie nic. To znaczy... zna pewną historię o nawiedzonej farmie w okolicy, ale nie ma pojęcia, czy to ta właśnie.
Może tak, może nie. Może byłam zmęczona i niewyspana. A może mi się wszystko przyśniło.
Islandzkie historie:
Islandia wte i wewte:
W stronę Rejkjawiku - Wielorybi Fjord (Hvalfjörður)
Podróż przez interior: przystanek Hveravellir
Landmannalaugar. Czy góry tęczowe są tęczowe?
Czy pafiny są słodkie?
Wokół półwyspu Snæfellsnes:
Międzywymiarowa Gra w Klasy
Wodospady Svöðufoss i Kerlingarfoss
Spacer do krateru Búðaklettur
Czarny kościół i wodospad Bjarnarfoss
Klify Hellnar i Arnarstapi
Plaża Djúpalónssandur i tajemniczy krąg
Helgafell, jedna z wielu świętych gór
Laugarbrekka i matka z Winlandii
Basen Bárðura
Góra Drápuhlíðarfjall
Berserkjahraun - kratery zamiast planu
W drodze na górę Horn
Mister Horn
Lokalnie | aktualnie:
Z Wilsonami pod Grundafoss
Na dziko!
Sumardagurinn fyrsti czyli pierwszy dzień lata
Życie niegdyś morskie
Tu Orzeł
Aktualizacja zimowa
Lato w złocie
Historie dokończone - Klakkur