Ostatnio pogoda w kratkę i to nawet lepiej, bo może częściej siądę na tyłku po pracy i ogarnę coś. Na przykład zdjęcia, od których kończy się już miejsce na dysku. Materiału mam na rok, a sezon letni dopiero się zaczyna. Myślę sobie, że gdyby zniknął hive (tfu tfu), to chyba by mnie rozerwało.
Dziś wrócę do wizyty nad Hvalfjörður, o której krótko pisałam kilka postów wcześniej. Spędziłam tam dwa dni w kwietniu. W pierwszy dzień strasznie wiało i głównie siedziałam w domku, ale drugiego poszłam na długi spacer. Kawałek w góry, a potem w dół do drogi, która nie była mi zupełnie obca.
Na pewno wspominałam, że to miejsce ma dla mnie wartość sentymentalną. Pięć lat temu nocowałam tutaj podczas wycieczki wokół wyspy. Widzieliśmy zorzę, choć sezon dopiero się zaczynał i czułam się, jakbym wygrała wszystko. Cały tamten wyjazd wyrwał mnie z butów i zasiał ziarno.
Wielorybi Fjord ma około 30 km długości i leży na północ od Rejkjawiku. Bliskość stolicy i piękne położenie sprawia, że pojawia się tu coraz więcej letnich domków. Nocowałam w jednym z nich - jest częścią budującego się tu osiedla, ale nie odczuwa się tego, bo domki są mocno rozproszone.
Część domków już stoi, tu i ówdzie można się natknąć na fundamenty czy tylko niewielkie place. Na spacer poszłam ścieżką, która kiedyś zamieni się w drogę prowadzącą do kolejnych kabin.
Ale ma to swój urok. Gdy wreszcie pojawia się długo wyczekiwana zieleń, to człowiek szaleje ze szczęścia.
Czas nad Hvalfjörður był jak zatoczenie koła i ostateczne przypieczętowanie stanu rzeczy. Stara ja klepnęła się w kolana i rzekła "no dobra, to o co teraz walczymy?" A ta nowa już nie chce się szarpać o nic.
Comments