Wg. przewodnika Lonely Planet, z miejsca w którym się znajdujemy miały odjeżdżać guagua do Constanzy, a więc i w kierunku "naszego" wodospadu. Rozglądam się dookoła, ale nie widzę nic, co wyglądałoby jak guagua. Są tylko wszechobecne Motoconcho. W końcu na wprost dostrzegam jakiś busik. Podchodzę, rozmawiam z kierowcą. Mówi, że może nam załatwić jakiś transport do wodospadu. Dzwoni do swojego znajomego, który podjeżdża czymś w rodzaju wieloosobowej taksówki. Mówię, że mieliśmy jechać guagua, ale kierowca mówi, że do wodospadu nie dojedziemy żadnym guagua. Pytam o cenę tego "czegoś", co po nas przyjechało. Nie jest przesadnie tanie, cena nie jest też ceną zaporową z kosmosu, a takie często słyszeliśmy z ust tutejszych taksówkarzy. Kierowca wyciąga jeszcze oficjalny cennik z rozpisanymi trasami i udowadnia, że cena nie jest zawyżona. Ciężko wyczuć, czy jest szansa, żebyśmy dojechali tam czymś innym, a mamy dzisiaj jeszcze sporo do zobaczenia, więc przystajemy na podaną cenę i jedziemy dobrej jakości asfaltową drogą górską.

Kasa biletowa na początku ścieżki prowadzącej do wodospadu

Po przejechaniu ok. 7km wysiadamy przy wejściu na szlak prowadzący do wodospadu. Musimy kupić bilet wstępu do Parku Narodowego za 100 peso. Pani w kasie pyta, czy chcemy iść sami, czy z przewodnikiem. Oczywiście idziemy sami. Wcześniej musimy się tylko wpisać do księgi wyjść. tzn. Pani informuje, że wystarczy jak jedna osoba z grupy wpisze swoje dane. Kasuje nas za dwie osoby i wydaje jeden blankiet biletowy. Widać, że tu też kombinują jak mogą i jak tylko się da, kasują dla siebie na lewo do kieszeni.

Pocieszeniem jest to, że nikt nie nagabuje nas na skorzystanie z transportu konnego, nikt nie mówi, że to daleko, że nie damy rady, że jako turyści musimy skorzystać z ich dodatkowych usług. Możemy spokojnie udać się na spacer o własnych siłach w towarzystwie przyrody, bo jesteśmy tu praktycznie sami.