Po raz ostatni spoglądam na wschodzące nad zatoką słońce. Po raz ostatni, ponieważ dzisiaj opuszczamy już Półwysep Samana i udajemy się w dalszą podróż po Dominikanie
Wcześnie z rana łapiemy guagua, którym ruszamy w kierunku Rio San Juan. Codzienne życie Dominikańczyków przebiega bardzo spokojnie, wszyscy mają czas i nikt się nigdzie nie śpieszy. Ale gdy już zasiądą za kółkiem, większość z nich nie zna ograniczeń. Na drodze są co prawda ustawione znaki drogowe i ograniczenia prędkości, jednak nikt tutaj nie zwraca na nie uwagi. Zresztą w znacznej części pojazdów, którymi jechaliśmy w ogóle nie działał prędkościomierz. Tzn. zawsze pokazywał 0 km/h, niezależnie od tego jak szybko by się jechało. W niektórych miejscowościach są światła drogowe, jednak dla prawdziwego Dominikańczyka nie ma znaczenia, czy akurat pali się czerwone czy zielone. Pierwszeństwo ma większy, szybszy lub zwinniejszy.
Klaksonu używają w celu poinformowania o swojej obecności na drodze, w momentach kluczowych dla bezpieczeństwa, np. przed wyprzedzaniem, gdy chcą zmienić pas, przed wjechaniem w zakręt, gdy ktoś idzie wzdłuż drogi i mógłby ich nie zauważyć itp. Wtedy wciskają klakson tak jakby chcieli powiedzieć: "uważaj, jadę!!!"
Generalnie każdy jeździ według swoich zasad, jednak widać, że w jakiś dziwny sposób potrafią wpisać się w sytuację na drodze, i raczej nigdy nie czułem się zagrożony w żadnym ze środków tutejszej komunikacji. No może poza jedną taksówka w Santo Domingo, kiedy przy hamowaniu usłyszałem odgłos kompletnie zdartych klocków hamulcowych. Ale i tą przygodę jakoś przeżyłem.
W połowie drogi do Rio San Juan kierowca zatrzymuje się na poboczu i wraz z "upychaczem" wychodzą z pojazdu coś zjeść do pobliskiej knajpki. Za nimi wychodzi połowa pasażerów, również coś przekąsić lub zrobić zakupy. Prawdziwa karaibska kultura. "Maniana" - na wszystko przyjdzie czas.
C.d.n...
*Zdjęcia własnego autorstwa