Każdy turystyczny kraj ma swoje "must see" - punkty, o których każdy słyszał i których podobno nie wypada nie zobaczyć będąc na wakacjach w danym miejscu. Czasem są to perełki architektury, czasem zamki, jeziora, szczyty, a czasem punkty widokowe. Wspominając o Norwegii pewnie każdy z Was ma przed oczami Trolltungę czy Preikestellen. Ale gdy wspomnę o Serbii? Co macie przed oczyma? Czy macie jakieś skojarzenia z tym, bądź co bądź jeszcze nie tak rozreklamowanym turystycznie krajem?
Jeżeli nie, to dzisiaj chciałem Was zabrać na Banjską Stenę,
Widok roztaczający się z Banjskiej Steny umieszczany jest na niemal wszystkich folderach promujących atrakcje turystyczne Serbii. Przez niektórych porównywany jest właśnie do Języka Trolla czy Preikestellen. To punkt na skraju urwiska, z którego roztacza się wspaniały widok na leżące głęboko w dolinie, wąskie jezioro Perućac oraz kanion rzeki Driny, które niczym wody fjordu wcinają się pomiędzy strome śtoki gór Dynarskich.
Park Narodowy Tara, bo w nim znajduje się omawiany przez nas cud przyrody, położony jest w zachodniej Serbii, tuż przy granicy z Bośnią, i zajmuje powierzchnię 19 tys. metrów kwadratowych. Został utworzony w 1981 roku w celu ochrony różnorodnej gatunkowo flory i fauny tego regionu. Podobno występuje tu tysiąc różnych gatunków roślin a także 140 gatunków ptaków, 28 gatunków ryb i 58 gatunków ssaków, w tym dostojnego niedźwiedzia brunatnego.
Przemierzając szlaki Parku Narodowego co kawałek można napotkać tabliczkę ostrzegającą przed niedźwiedziami. Góry Tara to w końcu największe skupisko populacji tego ssaka w Serbii. Nam, może i na szczęście, nie udało się spotkać misia we własnej osobie. Nie wiem na ile takie spotkania są tu na porządku dziennym i na ile serbskie miśki oswojone są z turystami, ale chyba jednak nie chciałbym tego weryfikować na własnej skórze. W swoim życiu miałem już nie raz okazję stanąć oko w oko z niedźwiedziem tatrzańskim, te jednak zdecydowanie wiedzą kto to turysta i raczej nie są agresywne. Podejżewam jednak, że miśki serbskie mogą być bardziej dzikie od swych polskich pobratymców.
Wycieczkę na Banjską Stenę najlepiej rozpocząć w Mitrovacu, miejscowości położonej w sercu Parku. Znajduje się tutaj informacja turystyczna w której możemy zaopatrzyć się w mapę Parku. Nie jest to może dokładna mapa topograficzna, do jakiej być może jesteście przyzwyczajeni z innych krajów, jednak jest na tyle dokładna, aby nie zgubić się w tutejszych górach. Mapę można również kupić w położonej niżej, już poza obszarem Parku miejscowości Bajina Bašta.
Najprostszy wariant do spacer ok. 6km prostą, niemal płaską, żwirową drogą aż do momentu, w którym zobaczymy drogowskaz kierujący na Banjską Stenę. Tutaj musimy zejść z głównej drogi i wejść do lasu (oczywiście mijając tablicę o niedźwiedziach). Teraz wystarczy przejść jeszcze kilkadziesiąt metrów i jesteśmy na miejscu.
My wybraliśmy wariant przez góry, choć jak się później okazało, są to raczej niewymagające góry typu Beskidzkiego. W większości zalesione (jak 80% powierzchni tego Parku). Idzie się to góra, to dół, pokonując niewielkie wzniesienia. Po pewnym czasie wychodzimy na skraj kanionu Driny a naszym oczom ukazuje się pierwszy punkt widokowy. Niemniej piękny niż sama Banjska Stena, a nawet nie wiem czy nie piękniejszy. Później po drodze jeszcze jeden punkt widokowy i w końcu docieramy na rozreklamowaną Banjską Stenę.
Trasa nie jest wymagająca i każdy przeciętnie sprawny turysta bez problemu powinien sobie z nią poradzić. Moim zdaniem jest to o wiele przyjemniejsza opcja niż spacer wspomnianą wcześniej drogą żwirową. Droga jest po prostu nieco nudna, a tu jednak więcej się dzieje. My zrobiliśmy pętelkę. Na Banjską Stenę przez góry, powrót drogą żwirową, i taka opcja wydaje mi się najsensowniejsza.
Na koniec jeszcze jedna mała uwaga. Jeżeli korzystacie z komunikacji publicznej. Jak się później dowiedzieliśmy, autobusy kursujące z Bajna Basta do Mitrovaca w tygodniu są bezpłatne. Są to autobusy pełniące rolę autobusów szkolnych, rozwożących dzieci do pobliskich szkół, ale dorośli również mogą korzystać z nich bezpłatnie. Nie przeszkadza to jednak kasjerą na dworcu autobusowym w sprzedaży biletów, za które pobierają opłatę. My, początkowo nieświadomi sytuacji, kupiliśmy bilet na przejazd. Jak się później okazało byliśmy jedynymi osobami, które za ten przejazd zapłaciły. Pozostałym nawet kierowca busa przypominał, że za tą trasę się nie płaci. Do dziś mam więc oficjalny bilet na bezpłatną trasę, za który zapłaciłem realnymi serbskimi dinarami :D
Drogę powrotną pokonaliśmy już bezpłatnie, jak wszyscy podróżni :)
*Wszystkie zdjęcia własnego autorstwa