Charakterystyczna, samotna skała zamykająca grzbiet Helgrindur zwróciła moją uwagę już w pierwszych dniach po przyjeździe. Przyczajony u szczytu zbocza kamienny wartownik nie posiada oficjalnej nazwy, lecz w zamkniętym towarzystwie nazywamy go Wyjącym Psem.
Nie pamiętam, kiedy zaczęłam myśleć o tym, by się tam dostać. Prawdopodobnie wpadłam na ten pomysł badając trasy zapisane w apce Wikiloc. Obserwuję Islandczyka, który od lat zapisuje w niej wędrówki po naszym półwyspie i często chadzam jego śladami. Wiele z nich przecina pasmo Helgrindur.
Tak czy inaczej pewnego sierpniowego dnia zeszłego roku przyszła pora, by podbić do Psa.
Po drugiej stronie niemal pionowego zbocza rozciąga się dolina, robiąca za tylne drzwi do nieprzystępnego, skalnego świata. Zaparkowałam tuż obok drogi na niewielkim placu budowy, mając nadzieję, że przy niedzieli nikt nie będzie mnie ścigał. Spacer dnem doliny do stóp wodospadu, który wyznaczał początek właściwej wspinaczki, zajął mi godzinę. Bardzo przyjemnie spędzony czas.
Po krótkim przystanku pod wodospadem ruszyłam w górę, podejście okazało się dość wymagające. Choć o wiele bardziej poczułam ten odcinek podczas powrotu - dłużył mi się wtedy niemiłosiernie.
Na górze okazało się (jak to często w górach), że to dopiero pierwszy stopień i zostało jeszcze kilka schodków do zrobienia.
Niemniej, ukazała się już druga strona znanego mi od niemal trzech lat skalnego pasma. Z nowej perspektywy nie wyglądało wcale na bardziej przystępne. Widziałam jednak tylko jego środkową część. Ta skrajna - bliżej oceanu - była wciąż niewidoczna. Pozostało iść dalej i sprawdzić.
Pierwszy stopień okazał się rozległym, wypłaszczonym terenem, który kusił strumieniami, oczkami wodnymi i mchem. Tego dnia jednak, jak rzadko, miałam określony cel.
Szłam wzdłuż krawędzi wiszącej nad doliną, którą pokonałam wcześniej. Spodziewałam się dotrzeć na czubek grani, by potem, wędrując na południe, trafić na Psa. Tak wynikało z mapy.
Tam, gdzie wyszłam, szczyt grani okazał się płaskim jak stół wzgórzem, które wprawdzie kończyło się przepaścią, ale samo w sobie było terenem niemal spacerowym.
Tak oto nadgryzłam Helgrindur w jej najmiększym punkcie i zawisłam nad miastem.
A spoglądając w prawo ujrzałam swój cel i już wiedziałam, że to się uda.
Od strony grzbietu Pies nie przypominał psa.
Ale z profilu owszem - i to jak! Nawet uszy miał!
Bestia miała grzbiet łagodny i porośnięty mchem, więc urządziłam na nim pikniczek. Na głowę nie wchodziłam, nie na moje nerwy.
Potem sporo czasu spędziłam krążąc wokół Psa i zaglądając w przepastne szczeliny, głęboko rozłupujące zbocze widoczne od strony miasteczka.
Ostatecznie, choć pora robiła się nagląca, zdecydowałam się przejść kawałek grzbietem Helgrindur. Trochę się bałam, bo po obu stronach było stromo i nie czułam pewnego gruntu pod nogami. Przepaść zaczynała się kilkadziesiąt metrów poniżej.
Mimo to byłam bardzo zadowolona. Szłam powoli, robiłam przystanki i patrzyłam. To była pierwsza taka okazja, by poznać te góry z innej perspektywy.
Rozkminiałam przy okazji, gdzieby tu jeszcze nos wściubić. Po krótkim rozpoznaniu stwierdziłam, że raczej nigdzie. O ile pod Psa chętnie się wybiorę ponownie, to z resztą Helgrindur nie planuję zadzierać. Wolę jej niższe partie, z dolinkami wypełnionymi mchem i szmerem strumieni.
Im dalej szłam, tym więcej było kamieni i coraz mniej dającego jako takie podparcie mchu. Zawróciłam po około 500 metrach. Gdy teraz patrzę na tę grań z miasteczka, to mi się pręży mentalny muskuł, że wędrowałam tamtędy - ja, mrówka.
Podczas drogi powrotnej pomyszkowałam trochę po rozległym terenie, który zignorowałam wcześniej. Zmieniłam trasę i trzymałam się jego wewnętrznej strony, bliżej grzbietu Helgrindur.
Znalazłam tam wszystko, co uwielbiam, spokojnie mogłabym przepaść na cały dzień. Słońce było już nisko, więc miękkie, ciepłe światło nie męczyło wzroku. Trudno się było stamtąd wyrwać.
Lecz w końcu ta nudziara i niszczycielka zabawy spojrzała na zegarek i zarządziła odwrót. W sumie dobrze, bo ostatnie zejście okazało się wykańczające. Schodziłam inną trasą niż wchodziłam i natrafiłam na kilka przeszkód.
Finalna godzinka po płaskim też się nieco dłużyła - trawa magicznie stała się dwa razy wyższa i gęstsza.
Ale czy to źle? Wcale, bo znowu skończyłam idealnie o czasie.
Ostatnie metry brnęłam otulona złotem, a jego drobinki wczepiły się w ubranie i skórę. Nawet źrenice zrobiły się bardziej żółte.
Islandia wte i wewte:
W stronę Rejkjawiku - Wielorybi Fjord (Hvalfjörður)
Podróż przez interior: przystanek Hveravellir
Landmannalaugar. Czy góry tęczowe są tęczowe?
Czy pafiny są słodkie?
Wokół półwyspu Snæfellsnes:
Międzywymiarowa Gra w Klasy
Wodospady Svöðufoss i Kerlingarfoss
Spacer do krateru Búðaklettur
Czarny kościół i wodospad Bjarnarfoss
Klify Hellnar i Arnarstapi
Plaża Djúpalónssandur i tajemniczy krąg
Helgafell, jedna z wielu świętych gór
Laugarbrekka i matka z Winlandii
Basen Bárðura
Góra Drápuhlíðarfjall
Berserkjahraun - kratery zamiast planu
W drodze na górę Horn
Mister Horn
W głąb Berserkjahraun
Najmniejszy
Lokalnie | aktualnie:
Z Wilsonami pod Grundafoss
Na dziko!
Sumardagurinn fyrsti czyli pierwszy dzień lata
Życie niegdyś morskie
Tu Orzeł
Aktualizacja zimowa
Lato w złocie
Historie dokończone - Klakkur
Piknik pod Wiszącą Skałą
Przedostatnie kroki
Za Kamieniem