Pora na finał miniserii z pola Berserkjahraun, czyli bliskie spotkanie z ostatnim, najciekawszym wulkanem.

Nie planowałam rozbijać wycieczki na dwa dni, po prostu zaskoczył mnie i wciągnął urok tego miejsca. Podczas gdy pozostałe stożki mocno wyróżniają się z otoczenia, ten ukrywa się między nimi i ginie w rozległym rumowisku. W dodatku jest rozcięty przez drogę, co potęguje efekt fascynującego bałaganu. Są też ścieżki - jedna prowadzi tu z większego wulkanu Grákúla, inne biegną w głąb pola, znikając w miękkich, seledynowych mini-kanionach. Grube na pół metra mchy ścielą się wokół, czasem niemal całkowicie przykrywając skały. Nie potrafię oddać słowami ich sprężystej miękkości. Trudno zdecydować, w którą stronę patrzeć i którą dróżkę wybrać. To właśnie tu wyjątkowo mocno poczułam ten specyficzny, nieokreślony magnetyzm. Cichy głos, który tylko ty możesz usłyszeć i który czasem każe iść w nieskończoność.

Klimat podbijała pogoda - było mglisto i pochmurnie, mżyło. W takiej aurze kolory nabierają głębi, percepcja przestrzeni płata figle, a rzeczywistość staje się snem.

Pierwszego dnia zaparkowałam w miejscu, w którym droga odkrawa część wulkanu jak kawałek tortu. Potem, zamiast od razu wejść na zbocze, nie wiedzieć czemu ruszyłam drogą w głąb pola. Otaczały mnie częściowo ukryte we mgle góry, tu i ówdzie rozerwana skałami, falująca powierzchnia zielonego morza i kamienne kopce wyznaczające bieg traktu.

I znów, wszystko tak bardzo znajome i przytulne mimo pozornej szorstkości i chłodu.

Kadrem, który zatrzymał mnie na dłużej, był widok dwóch odwiedzonych już stożków (Grákúla i Rauðkúla) i wystawiająca zza nich swe różki góra Kerlingarfjall. Ta ostatnia fascynuje mnie od pierwszego spotkania.

Na drodze zaskoczyła mnie Islandka na rowerze, wyglądała na nieco starszą ode mnie. Nie wiem, jak to się stało, że naturalnie zaczęłam rozmowę łamanym islandzkim, jakby angielski był tam po prostu nie na miejscu. Zazwyczaj bronię się przed tym. Pogawędziłyśmy dłuższą chwilę. Sprawiło mi to niespodziewaną przyjemność, czułam, że mamy wiele wspólnego.

Wracając w stronę wulkanu, próbowałam zarysować w głowie jego nieokreśloną bryłę. Wspominałam, że jest niższy od pozostałych i niejednolity. Posiada co najmniej trzy kratery, dodatkowo przecina go droga. Odkrojony przez nią niewielki fragment okrywa łubinowy dywan, który dostrzegłam z daleka na poprzedniej wycieczce.

Łubin porasta niemal całe wzniesienie i powolutku pełznie w dół, w stronę drogi i większej części wulkanu. Ciekawe jak szybko zawładnie całością. 

To bardzo twarda roślina.

Jest też niezwykle fotogeniczna, szczególnie w kontraście z wulkaniczną glebą, skałami i mchem. 

W takim towarzystwie łatwo przeoczyć skromne, miejscowe rośliny. Lubię te małe, niepozorne twardzielki.

Dużo czasu spędziłam buszując w tej części. Z najwyższego punktu obejrzałam resztę wulkanu i uznałam, że w tym tempie nie zdążę go obejść z należytą uwagą. Odłożyłam to "na jutro".

To wszystko naprawdę kojarzyło mi się z gigantycznym, nadgryzionym tortem.


Następnego dnia zaparkowałam nieco dalej - pod Grákúla - i ruszyłam ścieżką w stronę naszego pobojowiska.

Dróżka prowadziła wzdłuż pola, ujawniając liczne, ślepe zaułki ukryte wśród skał. Dawały osłonę przed wiatrem i światem. Pozostawałam niewidzialna widząc wszystko.

Niewiele mam zdjęć z tego dnia, bo większość czasu przesiedziałam na mchu w skalnych zakamarkach. Fascynujące, jaka panuje tam czasem cisza i bezruch. 

Ostatecznie musiałam się jednak odrobinę wysilić, by obejść kilka pagórków wchodzących w skład wulkanu.

Weszłam do jednego z kraterów, którego dno było płaskie jak stół. 

Potem okrążyłam jego krawędź.

Obejrzałam ulubioną część panoramy, czyli sąsiednie wulkany i Kerlingarfjall.

Wreszcie ruszyłam ku części odwiedzonej dzień wcześniej, by dopełnić obchodu. Mimo że w mojej głowie powstał w końcu jakiś obraz tego miejsca, to napierający zewsząd chaos nie stracił na sile. Nie był to jednak chaos obezwładniający a taki, w którym z przyjemnością można się zgubić.

Z takiego chaosu wychodzi się spokojnym i uzupełnionym.

❤️ Wspaniałego roku Wam i Sobie życzę ❤️


Islandzkie historie:
Islandia wte i wewte:
W stronę Rejkjawiku - Wielorybi Fjord (Hvalfjörður)
Podróż przez interior: przystanek Hveravellir
Landmannalaugar. Czy góry tęczowe są tęczowe?
Czy pafiny są słodkie?
Wokół półwyspu Snæfellsnes:
Międzywymiarowa Gra w Klasy
Wodospady Svöðufoss i Kerlingarfoss
Spacer do krateru Búðaklettur
Czarny kościół i wodospad Bjarnarfoss
Klify Hellnar i Arnarstapi
Plaża Djúpalónssandur i tajemniczy krąg
Helgafell, jedna z wielu świętych gór
Laugarbrekka i matka z Winlandii
Basen Bárðura
Góra Drápuhlíðarfjall
Berserkjahraun - kratery zamiast planu
W drodze na górę Horn
Mister Horn
W głąb Berserkjahraun
Lokalnie | aktualnie:
Z Wilsonami pod Grundafoss
Na dziko!
Sumardagurinn fyrsti czyli pierwszy dzień lata
Życie niegdyś morskie
Tu Orzeł
Aktualizacja zimowa
Lato w złocie
Historie dokończone - Klakkur
Piknik pod Wiszącą Skałą
Przedostatnie kroki