Podróże, wędrówki... Oprócz tych wielkich i wymarzonych są też te małe, zwyczajne, gdy wystarczy wyjść za drzwi. Czasami jest to trudniejsze, niż się wydaje.
O wiele łatwiej otworzyć okno i pozwolić poszybować myślom. Dziś moja ulubiona aura. Rano słońce, a zaraz potem...
Ale ileż można tylko siedzieć przy oknie, nawet tak wspaniałym. Przymusowy home office i okoliczności towarzyszące rozleniwiły mnie straszliwie. Pisząc ostatni post o Islandii mimochodem uświadomiłam sobie, jak okropnie zgnuśniałam przez ostatnie miesiące!
Niby gdzieś tam się szwendam od czasu do czasu, ale jakoś bez przekonania, chyłkiem, bez radości. Tyle, żeby się nie rozrosnąć wszerz. Widocznie, pomimo konsekwentnego odcięcia od mediów, poddałam się truciźnie strachu i rezygnacji.
A może tego właśnie potrzebowałam... zgnuśniena, żeby na nowo odkryć to, co od dawna już odkryte.
Ruszyłam się więc wczoraj na obchód najbliższego terenu, ze sztucznym bo sztucznym, ale jednak entuzjazmem. Od czegoś trzeba zacząć, radość można sobie wygenerować.
Może nie od razu zaskoczyło, ale z każdym krokiem było mi coraz fajniej, coraz lżej i naturalniej, a potem... trzy godziny zleciały w mgnieniu oka!
Na pewno nie raz wspominałam, jak bardzo lubię to moje miejsce. 90 sekund od wyjścia z domu mam tak:
To tylko taka sztuczka :) Wystarczy obrócić głowę w lewo i ponad trawiastym wałem widać bloki osiedla. Za to po prawej jest zbocze sporego pagórka przykrywającego bunkry, porośnięte drzewami i dziką łąką. Cały ten obszar można obejść spacerem w 15 minut wybrukowaną, oświetloną alejką, ale środek na szczęście pozostaje nietknięty od ponad stu lat. Teraz nazywają to parkiem, ale dla nas, dzieciaków "z Piastów", to miejsce na zawsze pozostanie laskiem.
A jak się z tych górek zapieprzało na sankach! Z całej okolicy się do nas schodzili. Były górki dla mięczaków i dla twardzieli, całe oblodzone i ze skoczniami. Cud, że zębów nie straciłam.
"Idziesz do lasku?"
A na bunkry?
Łażenie po bunkrach, to był drugi sposób na utratę zębów.
Mieszkają tu wiewiórki, lisy i na pewno dwa gatunki sowy (uszatka i puszczyk), które można usłyszeć wieczorami... Latają też drapieżne ptaki, które polują między innymi na gołębie. Jeden z nich usiadł kiedyś na moim parapecie, w szeroko otwartym oknie i gapił się na mnie, a ja na niego. Nie śmiałam drgnąć, zawołałam tylko synów, żeby też zobaczyli. Stanęli w drzwiach pokoju jak wryci i tak trwaliśmy wszyscy, skamieniali.
Po przejściu przez lasek zaczyna się ścieżka prowadząca nad wodę. Tutaj widać, jak macki miasta sięgają coraz dalej...
...Ale zapomnijmy o betonie choć na chwilę. Pod oknami nowych bloków wciąż odbywają się żniwa.
Mówię wam, włażenie w krzaki, czołganie się w trawie i zwiedzanie bocznych ścieżek, to najlepsze lekarstwo na kryzys egzystencjalny.
Tutaj kiedyś płynął niemrawy strumień, w którym synowie taplali się za dzieciaka. Pozostał rów wypełniony wodną zawiesiną, ale miejscówka wciąż jest piękna.
W międzyczasie takie ścieżki zachęcają do zejścia z trasy:
Ta tutaj wyglądała naprawdę dziko. Niemal słyszałam, jak mnie woła... No to weszłam.
Zmora dzieciństwa :)
Zdjęcia tego nie oddają, ale przez chwilę poczułam się, jak w środku prawdziwego lasu. Kilkanaście metrów od spacerowej ścieżki wokół zalewu nie słychać niczego oprócz żab i ptaków. I pociągów w oddali :)
Odrobina audio i video:
Chłosta pokrzywami ponoć dobrze robi, ale z niektórymi stworzeniami żyjącymi pomiędzy jej liśćmi jest mi totalnie nie po drodze, więc po krótkiej eksploracji wycofałam się na otwarty teren.
Właśnie przypomniała mi się jedyna rzecz, która mnie rozczarowała na Islandii. Miałam nadzieję, że tam nie ma pająków... Spotkałam dwa, w tym jednego w swoim namiocie. Wszyscy na campingu o tym wiedzieli.
Czas na utartą ścieżkę wokół wody.
Jak widzę zalew ja...
...A jak żaba.
Coraz więcej drzew usycha wokół zbiornika, sporo też zostało wyciętych ostatnio, robi się łyso...
Ale to też ma swój urok. Na przykład to drzewo bardzo lubię. Niby martwe, ale życie się wokół niego kręci. I na pewno ktoś w nim mieszka!
Włóczyłabym się tak jeszcze z godzinę, ale telefon mi się rozładował. Po pół roku bezproblemowego użytkowania bateria z dnia na dzień "siadła" i nie wytrzymuje już kilkugodzinnego spaceru z robieniem zdjęć.
Na ostatnich oparach zdjęłam jeszcze klasyczny obrazek ;)
i takiego cudaczka:
Przedziwna sprawa, w trybie makro mój telefon robi fatalne zbliżenia, ale przy zwykłych ustawieniach w miarę przyzwoite.
No i tak. Pomimo zawirowań w świecie ludzi natura, nawet ta na obrzeżach cywilizacji, ma się dobrze. Wierzę, że sobie poradzi niezależnie od tego, ile jeszcze betonu wylejemy.
Pierwsze koty za płoty, wracam.
PS: Jeżeli ktoś wie, dlaczego po wrzuceniu posta przez travelfeed, na peakd jako cover image wyświetla się film z YT (pomimo tego, iż jest któryś tam z kolei, a jako cover ustawiłam inny obrazek...) będę wdzięczna za podpowiedź 😅