Jestem pod ogromnym wrażeniem wycieczki po jeziorze Enriquillo oraz emocji jakie dostarczyło nam obserwowanie żyjących tam krokodyli. Było to chyba jeszcze bardziej poruszające doświadczenie niż obserwowanie wielorybów na Zatoce Samana. Jestem szczęśliwy, że udało nam się dotrzeć w to miejsce. W miejsce, do którego nie docierają turyści i którego opisów próżno szukać w większości przewodników po Dominikanie. Ale to jeszcze nie koniec atrakcji na dzień dzisiejszy.

Manuel podwozi nas w miejsce zwane La Caritas. Miejsce to nie ma nic wspólnego z katolicką organizacją charytatywną, bardziej z rodowitymi mieszkańcami tych ziem - Indianami Taino. Zachowała się tutaj Indiańska sztuka naskalna. Można ją obserwować na niewielkiej skałce, z pod której roztacza się malowniczy widok na jezioro i okolice.

Niestety, tylko tyle zostało po kulturze Indian Taino w tym miejscu.
Niestety, tylko tyle zostało po kulturze Indian Taino w tym miejscu.
Niestety, tylko tyle zostało po kulturze Indian Taino w tym miejscu.

Lago Enriquillo jest miejscem o szczególnym znaczeniu w historii Indian Taino. Nazwa Enriquillo pochodzi od wodza Indian o tym samym imieniu. Z tych okolic, przez 14 lat, Indianie prowadzili zaczepną, partyzancką walkę z Hiszpańskim najeźdźcą. Enriquillo miał w zwyczaju odsyłać pojmanych hiszpańskich jeńców z powrotem, nie robiąc im żadnej krzywdy. Między innymi tym zachowaniem wypracował sobie łaski u króla Hiszpanii - Karola Piątego, który podpisał z nim rozejm przekazując Indianom na własność Kozią Wyspę, położoną na środku jeziora. Ze względu na panujący tam suchy i gorący klimat, wyspa i tak nie miała dla Hiszpan większego znaczenia. Niestety po śmierci Enriquillo Hiszpanie zerwali rozejm i na nowo rozpoczęli szeroko zakrojoną akcję tępienia Indian. Po 50 latach, przy życiu pozostało już tylko kilkunastu przedstawicieli plemiona Taino.

Po obejrzeniu dzieł stworzonych przez Indian pytamy Leny, czy jest tutaj jeszcze coś ciekawego w okolicy do zobaczenia. Mówi, że nie specjalnie. Poleca nam jednak odwiedzić miejscowość El Paraiso na Półwyspie Barahona. Daje nam namiary na przyzwoity, tani hotelik w tym mieście. Razem z Manuelem odprowadzają nas na stację guagua. Manuel rozmawia z kierowcą i prosi, aby wysadził nas w Neibie w miejscu, skąd odjeżdżają guagua do Barahony. Nie ma stąd bowiem bezpośredniego Busa. Podaje nam również orientacyjne stawki jakie obowiązują na tych trasach, abyśmy nie dali się wrobić w droższe przejazdy.

Typowa dominikańska zabudowa. W jednym z podobnym domków gościła nas Lena z Manuelem.
Typowa dominikańska zabudowa. W jednym z podobnym domków gościła nas Lena z Manuelem.
Typowa dominikańska zabudowa. W jednym z podobnym domków gościła nas Lena z Manuelem.

Żegnamy się z Leną i Manuelem i dziękujemy za pokazanie tego pięknego kawałka naszej Planety. Bez większych problemów docieramy do El Paraiso. Lena tłumaczyła, że są tu cztery hotele i polecała ostatni z nich, przy wyjeździe z miasteczka. Kierowca guagua wysadził nas pod jednym z hoteli. Hotel ten zresztą podobnie jak miasteczko nazywa się El Paraiso. Nie wiem, czy to o tym wspominała Lena, ale skoro już tu jesteśmy warto się zorientować w cenach i warunkach.

C.d.n


*Wszystkie zdjęcia własnego autorstwa