Tym razem będzie trochę o jedzeniu. Wszak jedzenie w podróży to bardzo ważna kwestia. Nie tylko zaspokaja nasze potrzeby egzystencjalne, ale także jest częścią kultury danego miejsca. Dla części osób to kuchnia i regionalne przyprawy stają się głównym motywem podróży. Podróżują oni nie po to, by poznawać atrakcje turystyczne, ale przede wszystkim po to, by skosztować regionalnych specjałów kulinarnych i specyficznych przypraw. Choć osobiście nigdy nie podróżowałem w ten sposób, jak najbardziej szanuję i doceniam ten sposób poznawania świata. Dzięki smakowaniu kuchni regionalnej wnikamy nieco w głąb miejsca, jakie nas otacza. Zwłaszcza, gdy mamy okazję zjeść wraz z miejscowymi, a jeszcze lepiej, gdy posiłek jest przez nich własnoręcznie przygotowywany.

Jedzenie, zwłaszcza w dużych, europejskich miastach, staje się częścią biznesu turystycznego. Na starówkach i zabytkowych częściach miast aż roi się od różnych lokali oferujących „regionalną” i europejską kuchnię, częściej po droższych niż tańszych cenach. I tutaj potencjalny turysta/podróżnik staje przed dylematem. Który lokal wybrać, a ostatecznie, którą pozycję z menu zamówić, aby zjeść dobrze, do syta, a przy tym nie zbankrutować.

food-2375468_1280.jpg

Osobiście, będąc w jakiś miejscu, staram się zazwyczaj jeść to, co jadają miejscowi i tam, gdzie jadają miejscowi. W ten sposób poznaję bliżej kulturę danego miejsca i staję się, choć w pewnym, małym stopniu, jej częścią. Cóż z tego, że pojadę na drugi koniec świata, by potem stołować się w McDonaldsie czy też KFC. To samo dotyczy często kuchni serwowanej w ramach pakietów All inclusive w drogich hotelach. Często jest to po prostu kuchnia dostosowana do grupy docelowej, jaką są ich klienci. Ludzie nie lubią zmian i lubią to, co sprawdzone. Mówi się im, że to kuchnia regionalna, serwując nieco tylko zmodyfikowane potrawy rodem z europejskich talerzy.

Dlatego osobiście preferują podróże na własną rękę. Nie musze wydawać kasy na drogie bilety lotnicze, by pójść sobie na hamburgera czy kupić frytki w Fast foodzie. Owszem, w zależności od kraju i kultury, również i w sieciówkach znajdziemy pewne różnice. Mnie to jednak nie przekonuje. Zdarzało mi się wchodzić do lokalu, gdzie byłem jedynym białym europejczykiem. Na początku widziałem, że obsługa spoglądała na mnie z niedowierzaniem. Pewnie się pomylił albo chce spytać o drogę – myśleli. A tu niespodzianka. To jednak klient, który zamawia posiłek w przydrożnym barze tam, gdzie stołują się miejscowi. Oni zazwyczaj wiedzą, gdzie warto zjeść w okolicy. Duża ilość osób w jakimś miejscu świadczy z pewnością o tym, że zjemy tu dobry, świeży, naprawdę regionalny i najczęściej nie najdroższy posiłek.

Najlepiej oczywiście byłoby zostać zaproszonym przez jakiegoś lokalna na obiad, który byłby przygotowany specjalnie dla nas. To już jednak zupełnie inna bajka i potrzeba do tego trochę więcej podróżniczego obeznania. Choć mam wrażenie, że poza zachodnią Europą ludzie są bardziej gościnni, i jeżeli tylko my sami jesteśmy otwarci i nie traktujemy autochtonów z pogardą, ludzkie serca szybko się na nas otworzą. A wtedy najlepiej poznamy ludzi i miejsce, w którym się znaleźliśmy. O najciekawszych miejscach w okolicy, których ze świecą szukać w przewodnikach, dowiaduję się często właśnie od „lokalsów”.

PS. Wiem, że ten wpis był trochę o wszystkim i o niczym. Chciałbym jednak zachęcić Was, by czasem zaryzykować, poeksperymentować, i spróbować czegoś egzotycznego. Jednocześnie chciałbym, by ten wpis stał się wstępem do kilku kolejnych, w których będę opisywał ciekawe i niedrogie miejsca, gdzie możemy smacznie zjeść.
Uspokajając tych, którzy właśnie mają przed sobą wizję pieczonych mrówek, grillowanych pająków i innych robali- nie, nie będzie tak egzotycznie. W krajach azjatyckich jeszcze nie byłem. A na początek chciałbym przedstawić po prostu kilka europejskich propozycji.


Obraz LuckyLife11 z Pixabay