Po tygodniu spędzonym w Chile dotarliśmy do Mendozy - naszego świątecznego miasteczka. Do Wigilii mamy jeszcze 2 dni, więc co by tu robić? Burza mózgów! - Most Inków! - O cholera staliśmy koło niego przez godzinę łapiąc pierwszego stopa przy granicy i nawet się nie zorientowaliśmy, że taka atrakcje jest tuż za rogiem, szkoda….
O Olek zobacz jaka ładna wioska, pełno jest tam urokliwych winnic i zobacz jaki jest tam uroczy hostel, gdzie to jest jedźmy tam! – Agatko, byliśmy tam wczoraj. Łapaliśmy tam stopa przez 30 min przed tą wioską i potem złapaliśmy stopa prosto do Mendozy. 😡 - To już nie ma tutaj nic więcej ciekawego.
Całe szczęście miesiąc temu jeżdżąc palcem po mapie znalazłem miejsce nazywające się Laguna del Diamente, 200km od Mendozy. Nie mamy lepszych planów, więc bierzemy auto z wypożyczalni i ogień!
Aby dostać się do laguny trzeba jechać naszą ulubioną drogą krajową nr 40. Na wysokości 3100 kilometra drogi trzeba skręcić skręcić w pampę. Po 30km pampy zaczyna się stromy podjazd pomiędzy góry. 40 km jazdy przez księżycowo-marsjański krajobraz. Marsjański krajobraz, bo cały czas po lewej stronie mijamy czerwone skały do złudzenia przypominające wideozapis z sondy podróżującej po czerwonej plancenie. Po prawej stronie natomiast cały czas towarzyszą nam równie surowe, ale szare skały dużo bardziej odpowiadające powierzchni księżyca. Pędzimy wynajętym Renaultem Clio po szutrowej drodze między Marsem a Księżycem i tylko guanaki andyjskie stojące tu i ówdzie przypominają nam, że ciągle jesteśmy na planecie ziemia.
Wówczas jeszcze nie wiedzieliśmy tego, że przez cały kolejny miesiąc co chwilę będziemy trafiać w miejsca wyglądają ce jakby z innej planety.