Rio Grande – Wielka Rzeka, któż nie słyszał tej nazwy! Dwudziesta najdłuższa rzeka na świecie, wyznaczająca granicę pomiędzy Stanami Zjednoczonymi, a Meksykiem była bohaterem wielu westernów co uczyniło ją jedną z najbardziej rozsławionych rzek w popkulturze. Ją zna każdy, ale mało kto wie, że na końcu świata, na samym czubku Patagonii istnieje inna rzeka o takiej samej nazwie, a w kręgach wędkarzy ta południowoamerykańska Rio Grande jest zapewne niemniej sławna, ponieważ bez większego wysiłku można w niej złowić 5-6 kilogramowe pstrągi.
Przy ujściu rzeki Rio Grande do Oceanu Atlantyckiego powstało miasto Rio Grande, które jest największym miastem Ziemi Ognistej. Dotarliśmy do niego późnym wieczorem i z początku mogło się wydawać, że nie ma tutaj nic ciekawego do roboty, a główną atrakcją miasta jest gigantyczny pomnik pstrąga przy wjeździe do miasta.
Myliliśmy się. W mieście liczącym ok 60 tyś mieszkańców znajdują się aż 3 browary restauracyjne, a Marcos, który był naszym gospodarzem oprowadził nas po nich wszystkich i urządził malutką degustacje lokalnych wyrobów. Wspominam tamten wieczór jako bardzo zaskakujący, bo na samym końcu świata, w kompletnie nie turystycznym mieście wielkością zbliżonym do Mielca, którego zabudowe nie można porównać do niczego co zbudowano w Polsce, znajdowały się, aż trzy knajpy, które ze względu na poziom jaki prezentują z powodzeniem mógłby znajdować się na Krakowskim Rynku.
Na Facebooku można zobaczyć jak wyglądają dwie z trzech wspomnianych knajp:
https://www.facebook.com/HOBS.tdf/
https://www.facebook.com/perrocerveceroalberdi279/
Trzeba przyznać, że Argentyna mocno stoi browarami rzemieślniczymi. Pierwszy raz mogliśmy się o tym przekonać w Buenos Aires, ale stolica rządzi się swoimi prawami, natomiast to co zobaczyliśmy w Ziemi Ognistej utwierdziło nas w tym przekonaniu.
Kawałek za miastem znajduje się szczyt Cabo Domingo, który wyrasta z oceanu na wysokość 90 m n.p.m. Malownicze miejsce, więc pomyśleliśmy z Agatką, że warto spędzić jeden dzień w mieście i poświęcić go na wyprawę właśnie w to miejsce. Marcos na wieść, że chcemy tam iść specjalnie zerwał się z pracy i zaoferował, że zabierze nas w to miejsce na spacer. Z początku cieszyło nas towarzystwo gospodarza, ale z czasem stało się to naszym przekleństwem, a było to tak. Jak wiadomo, Ziemia Ognista jest jednym z najbardziej wietrznych miejsc na świecie i pech chciał, że tego dnia wiało okrutnie. Na początku wcale nam to nie przeszkadzało, ale po przejściu kilku kilometrów zmęczenie zaczęło dawać się we znaki. Marcus twierdził, że ten wiatr nie jest wcale uciążliwy i spędzając całe życie w Rio Grande można było się już do niego przyzwyczaić. Marcus był też dość niskiego wzrostu, więc z fizycznego punktu widzenia siła jaką musiał wkładać w równoważenie siły wiatru była mniejsza niż w moim i Agatki przypadku, a wiatr wiał naprawdę mocno. Nie rzadko zdarzały się momenty, w których gwałtowny podmuch zaburzał naszą równowagę, a trzeba pamiętać, że do przejścia w obie strony mieliśmy dobre kilkanaście kilometrów. Gdyby nie świadomość, że nasz przewodnik aby pójść z nami na Cabo Domingo specjalnie zerwał się z pracy, zawrócilibyśmy już po pierwszym kwadransie walki z wiatrem, no ale nie wypada sprawiać mu zawodu, więc walczymy…
Czy opłacało się walczyć i iść aż pod sam szczyt? Nie wiem, ciężko stwierdzić. Pewne jest że przypłaciliśmy to dość porządnymi odciskami i to już na samym początku pobytu w Patagonii, gdzie przecież czekało na ans jeszcze wiele trekkingów. Do plusów „spaceru” trzeba zaliczyć to, dwa egzotyczne znaki drogowe, które poprawiły nam humor, pierwszy kontakt z „czerwonymi kapliczkami drogowego janosika”, o których zapewne będzie jeszcze okazja opowiedzieć oraz poznanie jednej makabrycznej historii opowiedzianej nam przez Marcusa.
W pierwszej połowie XX wieku pojawił się na Ziemi Ognistej wielki problem. Okazało się, że tubylcze ludy indiańskie z plemienia Selknam zdobywając jedzenie na polowaniach, tak jak mieli to w zwyczaju robić od setek lat, wchodzą w interesy kolonizatorom, który formalnie na podstawie jakiegoś zarządzenia wydanego dwa tysiące kilometrów dalej w Buenos Aires stali się właścicielami tych ziem. Nikt kto posiada ranczo wielkości setek kilometrów kwadratowych nie chce aby obcy ludzie szwędali się po jego terenie, a tym bardziej polowali na zwierzynę tam żyjącą. Tak więc stosunki międzysąsiedzkie pomiędzy Indianami Selknam, a władcami ziemskimi, a zwłaszcza Alejandro Maclennan, który był właścicielem tego terenu były dość chłodne. Spór trwał przez lata, ale pewnego dnia wydarzyło się coś dziwnego. Alejandro Maclennan wystawił na szczycie Cabo Domingo przyjęcie pojednawcze, na które zaprosił całe wszystkich żyjących na jego terenie Indian. W jej trakcie bankietu polało się wiele wina, impreza była przednia, a gdy większość tubylców się upiła, Alejandro Maclennan rozkazał swoim pomocnikom, aby otworzyli ogień do całego plemienia i strącili ich ze skały. Tego dnia zabito między 300 a 400 Indian.