Przed Wyjazdem do Ameryki Południowej zrobiłem sobie listę „technicznych” atrakcji do zobaczenia na której znalazły się: odkrywkowa kopalnia miedzi Chuquicamata, obserwatorium astronomiczne ALMA, kolej Transandyjska Ernesta Malinowskiego i elektrownia wodna ITAIPU. Los tak chciał, że z ambitnych planów wyszło niewiele i udało nam się zwiedzić wyłącznie elektrownię wodną ITAIPU. Udało nam się to zrobić, dlatego, że było to bajecznie proste. W przeciwieństwie po wyżej wymienionych miejsc, zwiedzanie ITAIPU było za darmo, bez zbędnych formalności, bez kolejek, bez konieczności dokonywania wcześniejszych rezerwacji, a to wszystko ponieważ jest to największa, a złośliwi powiedzą, że jedyna atrakcja turystyczna Paragwaju. Nawet to nie przyciąga tutaj zbyt wielu turystów, a trzeba przyznać, że Paragwajczycy postarali się bardzo, nawet kino do projekcji filmu edukacyjnego wybudowali.
Elektrownia wodna ITAIPU, to druga największa elektrownia na świecie, która produkuje tyle prądu, że jeszcze w latach 70' pokryłaby zapotrzebowanie na energię elektryczną dla całej Polski. Aby wyprodukować tyle samo energii elektrycznej trzeba by postawić jedną obok drugiej elektrownie wiatrowe o mocy 2MW na linii Kraków - Madryt, albo wybudować panel fotowoltaiczny łączący Polskę z Paragwajem o szerokości 60 m. Czyli moc jest, a co było potrzebne aby uzyskać taką moc?
Stali było potrzeba tyle co na budowę 380 wieży Eifla, a z betonu tyle co na budowę 210 stadionów Maracanã. Potrzeba było także wysiedlić 59 tysięcy osób, oraz jak już wspomniałem w poprzednim wpisie zatopiono wodospad Guairá.
Czy było warto? Możliwe, że tak, bo dzięki temu w ekologiczny sposób pokrywane jest 95% zapotrzebowania na prąd Paragwaju i 20% zapotrzebowania Brazylii, no i przy okazji powstał jeden z największych współczesnych cudów techniki, bo jak inaczej nazwać coś tak ogromnego zbudowanego wyłącznie siła ludzkich rąk.
Ja nie wiem jak to możliwe, że Agatka nie zachwyciła się tym cudem techniki.