Po krótkiej przerwie spowodowanej egzaminami na studiach podyplomowych (zdałam) :) znowu wracam wspomnieniami do Irlandii i tamtejszego zaczarowanego lasu... Irlandzki las jest dla mnie niezwykłą krainą, po wejściu do której całkowicie się zatracam w obcowaniu z przyrodą. Zachwycają mnie drzewa, w jakiś sposób inne od naszych, polskich, z ogromnymi plamami na korze.
Dzięki przyozdobieniu różnokolorowymi plamkami wyglądają trochę jak łaciate zwierzęta - psy, albo koty. Poza tym, drzewa często są porośnięte bluszczem. Ale tak totalnie od góry do dołu. A najniższa warstwa lasu zarośnięta jest gęsto paprociami, trawą, a także charakterystycznymi niebieskimi kwiatami, które po angielsku nazywają się bluebell, a po polsku Hiacyntowiec...
Jeszcze ciekawiej ta nazwa brzmi po łacinie - Endymion. Nawiązuje do mitologii greckiej, nosił je przystojny mężczyzna, syn Zeusa i Kalyke, który zakochał się w kobiecie, której nie aprobował jego ojciec i za karę zapadł w ciągły sen. Historia tragiczna, ale gdy tak spojrzę na niebieskie dzwoneczki, mają w sobie coś relaksującego, usypiającego, takiego z pogranicza jawy i snu...
Gdy ujrzałam leśną, niebieską łąkę, miałam ochotę położyć się na kocu i poleżeć wśród tych niebieskich piękności, mieć je blisko siebie, na wysokości wzroku.
Lubię przyglądać się roślinom z bliska. Może to efekt mojej pasji malarskiej. Żeby móc coś dobrze namalować, dobrze jest dostrzegać szczegóły, a niebieskie dzwoneczki wydawały się idealne do namalowania. Niebieskie, a może fioletowawe z pięknie kontrastującymi pomarańczowymi pręcikami.
Jeszcze ich nie malowałam, nawet nie szkicowałam, ale może to wreszcie zrobię...
Resztę kwiatów zostawiam Wam do obejrzenia, bez moich komentarzy. Szkoda, że nie da się komputerowo przesłać ich zapachu.